Łukasz Komuda, 24.04.2020

 

Mamy największy kryzys od dekad. Bez sprawiedliwych podatków z niego nie wyjdziemy

 

Na przeciwdziałanie kryzysowi i łagodzenie jego skutków społecznych (np. poprzez godne świadczenia dla bezrobotnych) państwo polskie będzie musiało wydać ogromne pieniądze. Będzie nas stać? Tak, pod warunkiem, że wprowadzimy m.in. prawdziwą progresję podatkową i zlikwidujemy śmieciówki – pisze Łukasz Komuda, ekonomista i analityk rynku pracy

 

Kryzys spowodowany epidemią koronawirusa i i środkami zapobiegawczymi podjętymi przez rządy to gigantyczne wyzwanie dla polskiej gospodarki. Po trzech dekadach nieprzerwanego wzrostu czeka nas recesja i – prawdopodobnie – duże bezrobocie.

rządowej „tarczy antykryzysowej” i jej kolejnych odsłonach pisaliśmy w OKO.press wielokrotnie. Analizujemy pakiet ustaw antykryzysowych z perspektywy pracowników najemnych oraz przedsiębiorców.

„Praktycznie cała retoryka walki z kryzysem do tej pory skupiła się na wsparciu dla przedsiębiorstw. Malutkich, średnich, a teraz nawet dużych, których właścicielami są często polscy czy globalni miliarderzy. W tej narracji zapomnieliśmy o najsłabszych, najbiedniejszych i najbardziej zagrożonych” – mówił OKO.press ekonomista dr hab. Marcin Piątkowski.

Jednym z najbardziej rzucających się w oczy niedostatków jest brak wsparcia dla osób, które tracą pracę – poza dotychczasowym, absurdalnie niskim zasiłkiem dla bezrobotnych.

Jeśli do końca roku źródło utrzymania straci połowa osób pracujących na umowy cywilnoprawne i połowa samozatrudnionych oraz co dziesiąty pracownik etatowy, to bez źródła utrzymania znajdzie się dodatkowe 2,6 mln ludzi. Gdyby wszyscy stawili się do Powiatowych Urzędów Pracy, to stopa bezrobocia mogłaby wzrosnąć do 20,9 proc – pisał w OKO.press Łukasz Komuda, redaktor portalu Rynekpracy.org w Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych. Ekonomista postuluje stworzenie na bazie zasiłku dla bezrobotnych nowoczesnego świadczenia – Dochodu Solidarnościowego 0 wysokości 1400 zł netto.

Maksymalny koszt takiego świadczenia – w najgorszym scenariuszu sytuacji na rynku pracy – wyniósłby ok 60 mld zł. Takie programy kryzysowe na razie mogą być finansowane długiem – Polska wchodzi w kryzys z relatywnie dobrym stanem finansów publicznych. A co potem?

W tekście, który publikujemy dziś, Łukasz Komuda wskazuje potencjalne, najważniejsze źródła finansowania programu ratunkowego dla dotkniętej pandemią gospodarki i przyszłego zapewnienia budżetowi wpływów potrzebnych np. do finansowania przyzwoitej jakości usług publicznych np. opieki zdrowotnej.

Ekonomista postuluje:

  • Przywrócenie realnej progresji w podatku dochodowym od osób fizycznych.
  • Wprowadzenie podatku majątkowego.
  • Przywrócenie podatku spadkowego.
  • Ostateczną likwidację dualizmu polskiego rynku pracy (umowy kodeksowe i śmieciówki).

W cieniu zamachu na demokratyczne wybory czeka nas polityczna debata o kosztach kryzysu i sprawiedliwym podziale obciążeń. Nie mamy niestety luksusu, by odłożyć ją na później.


Źródło tradycyjne: podatek dochodowy

System podatkowy jest złożony. Dokładne opisanie jego poszczególnych części oraz ich wpływu na życie społeczno-gospodarcze, a następnie wskazanie potencjalnych kierunków reform zajmuje dużo bardziej kompetentnym ode mnie ludziom całe tomy.

Zacznijmy od najbardziej oczywistego źródła, czyli od większych wpływów podatkowych obciążających bardziej tych, którzy mają wysokie dochody, zamiast – jak dotąd – tych, którzy zarabiają najmniej. Reformy wymaga cały system fiskalny oraz – nie da się tego oddzielić – reguły porządkujące legalne zatrudnienie.

Wiele lat temu wprowadzono w Polsce rozwiązania, które sprawiają, że mamy regresywny system podatkowy – jako bodaj jedyne państwo w Europie i zapewne jedno z niewielu na świecie. Jakie to rozwiązania?

  • Umożliwienie samozatrudnionym płacenia podatku liniowego, czyli wyjście poza ramy rosnących progów podatkowych, jakie czekają na etatowców;
  • oraz limit 30-krotności przy wyliczaniu składek ZUS.

Spadające obciążenie podatkowe – liczone jako procent dochodów – przy rosnących zarobkach to czysty absurd z punktu widzenia polityki fiskalnej, machina napędzania nierówności i rozwiązanie idące wbrew prawu malejącej użyteczności krańcowej.

To ostatnie mówi, że jeśli zarabiamy 2000 zł, to dodatkowe 500 zł w naszej kieszeni przysparza nam bardzo dużo korzyści, bo w końcu możemy np. pójść do dentysty, kina, naprawić komputer itd. Gdy zarabiamy 20 000 zł, to samo 500 zł nie jest już tak bardzo potrzebne – możemy je wydać na elegancki obiad w dobrej restauracji, albo odłożyć na konto, bo bieżące potrzeby są zaspokojone. Pominę zwyczajną niesprawiedliwość tak skonstruowanego systemu.

Podatki dla zarabiających najmniej można obniżyć, ale skoro rozmawiamy o finansowaniu narzędzi ratunkowych dla gospodarki, to skupmy się na tym, że należy je podwyższyć górnym decylom, a nawet centylom na szczycie drabiny dochodowej. Nie ma sensu teraz roztrząsać, ile powinno być progów. Kluczowe jest, że mamy sporo pola do manewru.

„W naszym raporcie podajemy wyliczenia dla dochodów przekraczających 200 tys. zł rocznie, czyli około 17 tys. zł miesięcznie. Dla tej grupy podatki mogłyby bezpiecznie wzrosnąć do prawie 50 proc., i to zarówno u etatowców, jak i u samozatrudnionych. Bez ryzyka dla budżetu”

– uspokaja dr Paweł Doligalski, ekonomista z University of Bristol, w rozmowie z Grzegorzem Sroczyńskim w gazeta.pl.

Dla porządku zwrócę uwagę, że najwyższe stawki podatkowe na poziomie 50 proc. i wyższym można znaleźć w 18 krajach, w tym w Japonii, Stanach Zjednoczonych, Belgii i Austrii, o Skandynawii nie wspominając.

Okazuje się, że tzw. krzywą Laffera, którą przez ostatnie 20 lat używano bez żadnych konkretnych danych liczbowych jak wytrychu do tłumaczenia, że podatki trzeba obniżać, bo dzięki temu dochody państwa wzrosną, da się wykreślić. I że jesteśmy daleko przed jej szczytem, po którego przekroczeniu dalsze podnoszenie podatków jest przeciwskuteczne.

Ale solidnej rewizji wymaga też system zwolnień podatkowych, z których w niewielkim stopniu korzystają osoby o najniższych dochodach. Po prostu: wydając wszystkie środki finansowe na najbardziej palące potrzeby, nie mają wielu możliwości, by przeznaczyć je na to, co rządzący uznali za warte wspierania za pomocą takich odpisów.

VAT i akcyza? Zdecydowanie nie

Większość ekonomistów jest przeciwna nadmiernemu korzystaniu z podatków pośrednich. Dlaczego?

VAT i akcyza działają jak podatek regresywny, czyli im zarabiasz mniej, tym więcej procentowo płacisz podatków pośrednich. Pokazuje to m.in. raport dr Jakuba Sawulskiego z SGH, opublikowany przez Instytut Badań Strukturalnych. Wynika to z prostego faktu: im portfel jest chudszy, tym mniej możemy odłożyć na później i póki co nie płacić ani VAT, ani akcyzy. Według GUS, w 2018 roku 20 proc. gospodarstw domowych o najniższych dochodach wydawało 107,6 proc. swoich dochodów, czyli nie dość, że przeznaczały na konsumpcję wszystkie swoje zarobki z pracy i ewentualne zasiłki, to musiały jeszcze przejadać oszczędności, pożyczać u rodziny, znajomych, w bankach, parabankach i sprzedawać majątek w lombardach.

Natomiast 20 proc. gospodarstw o najwyższym dochodzie rozporządzalnym mogły 38,7 proc. tego dochodu włożyć na lokaty i jeśli przynoszą one zysk, płacić już nie procent od oszczędności, ale od zysku, jakie te oszczędności generują, co czyni sporą różnicę zarówno dla indywidualnej sytuacji, jak i wpływów sektora finansów publicznych.

Ta różnica obciążeń rośnie, gdy uwzględnimy fakt, że to lepiej sytuowani częściej wyjeżdżają na wakacje czy robią zakupy za granicą, wspomagając budżety innych państw.

Źródło wykresu: „Kogo obciążają podatki w Polsce”, Jakub Sawulski, Instytut Badań Strukturalnych

Zostawmy więc VAT i akcyzę, które zapewniają największą część państwowej kasy, zanim dojdziemy do wniosku, że trzeba je obniżać, a przez to szukać jeszcze więcej pieniędzy w innych źródłach.

Najmodniejszy podatek w tym sezonie

A co z podatkiem majątkowym? Ten wpływa do kasy samorządów w postaci podatku od gruntów rolnych, lasów, budynków czy mieszkań, ale w 2018 roku było to jedynie 22,6 mld zł, czyli pięciokrotnie mniej niż PIT i jedenastokrotnie mniej niż z podatków pośrednich.

Polski podatek od nieruchomości nie jest podatkiem majątkowym „na poważnie”, bo nie uwzględnia realnej ich wartości, ale jest stawką przypisaną np. do hektara działki czy metra kwadratowego mieszkania niezależnie od ich lokalizacji na terenie gminy lub miasta.

Kwota ponad 22 mld zł wydaje się spora, dopóki nie zajrzymy do „Global Wealth Database”, analizy przygotowywanej co roku przez giganta bankowego Credit Suisse. Według Szwajcarów wartość całego majątku Polaków, czyli nieruchomości, samochodów, oszczędności, akcji, udziałów w spółkach itd. wynosiła w połowie 2018 roku ok. 6233 mld zł (1725 mld dolarów po średniorocznym kursie NBP 3,6134 zł/USD) lub ok. 5527 mld zł po odjęciu sumy indywidualnego zadłużenia (tzw. majątek netto). Można więc powiedzieć w uproszczeniu, że aktualnie obciążenie podatkowe majątku osobistego wynosi 0,36 proc. (0,40 proc. od majątku netto). Szału nie ma.

Dlaczego jednak zaglądam na konta Polaków i dybię na ich nieruchomości i resztę majątku? To nie ja, to klasycy ekonomii, jak choćby Milton Friedman, którzy zwracali uwagę na to, że opodatkowanie pracy jest niekorzystne, bo pełni rolę hamulca dla ich pracowitości i przedsiębiorczości. A opodatkowanie konsumpcji ogranicza przecież rozwój gospodarczy, gdyż bez VAT i akcyzy moglibyśmy kupić za te same pieniądze więcej jedzenia, spodni, biletów na mecze, balejaży, wizyt w spa oraz innych mniej lub bardziej potrzebnych przedmiotów i usług, tworząc w ten sposób więcej miejsc pracy i dając impuls do podwyżek wynagrodzeń.

Neoliberalni ekonomiści, tacy jak Friedman, bili w ten bębenek nie dlatego, że spodziewali się przerzucenia obciążenia podatkowego z dochodów z pracy na jakieś inne obszary. Liczyli raczej na dalsze obniżanie progów podatkowych w PIT i kolejne furtki do obniżenia opodatkowania dla górnych decyli dochodowych – takie jak podatek liniowy dla samozatrudnionych wysoko opłacanych specjalistów (z którego wielu najgłośniejszych bojowników z „wysokimi podatkami” skwapliwie korzysta).

A co z teorią skapywania (trickle down economy), czyli przekonaniem, że bogactwo spływa z górnych szczebli drabiny dochodowej w dół? Praktyka pokazała, że to mydlenie oczu. Jeśli coś skapuje, to raczej od najmniej zamożnych do tych z górnych 10 proc., a może nawet do 1 proc. i 0,1 proc. osiągających najwyższe dochody. Teraz szukamy pieniędzy na zasypanie deficytu budżetowego i sfinansowanie sikawek oraz wozów strażackich, których potrzebujemy, aby zgasić pożar, jaki trawi naszą gospodarkę.

„Uważam, że w wyniku obecnego kryzysu będą musiały zostać wprowadzone podatki majątkowe dla ludzi naprawdę zamożnych, byłem dotąd przeciwnikiem tego rozwiązania, ale ten kryzys zmienia wiele poglądów”

– komentuje dr Wojciech Paczos z Cardiff University w rozmowie z Grzegorzem Sroczyńskim na łamach gazeta.pl.

Paczos nie jest jedynym ekonomistą, który rewiduje swoje myślenie o podatku majątkowym, ale niemało akademików, coraz więcej polityków, a nawet sami miliarderzy np. George Soros i Warren Buffet. Tak, najbogatsi sami zaczęli wysuwać propozycje, by ich opodatkować, bo nierówności majątkowe i niedostateczne finansowanie budżetu państwa to dwa nakręcające się mechanizmy, które przynoszą niepewną i potencjalnie niebezpieczną przyszłość, także dla miliarderów, ich dzieci i wnuków.

Mało tego, w połowie ubiegłego roku Abigail Disney, współzałożyciel Facebooka Chris Hughes i wielu innych najbogatszych Amerykanów wystosowali otwarty list do kandydatów na prezydenta Stanów Zjednoczonych, jakie mają się odbyć tej jesieni, żeby opodatkować majątki najbogatszych. Od majątku powyżej 50 mln dolarów podatek miałby wynosić 2 proc., a od sumy ponad 1 mld dolarów – 3 proc. Stawki te znajdowały się w programie wyborczym Elizabeth Warren, ale koncepcję popierali inni kandydaci w prawyborach Demokratów: Pete Buttigieg i Beto O’Rourke.

Ile możemy uzyskać z podatku majątkowego?

Podatek majątkowy dla najbogatszych jest więc dziś „na fali”. Nie możemy się jednak łudzić, że zdołałby zupełnie zastąpić opodatkowanie i oskładkowanie pracy. Po prostu Polacy mają relatywnie mało zakumulowanego majątku i aby pozyskać do budżetu 386 mld zł (PIT i składki do ZUS oraz NFZ), należałoby go obciążyć stopą na poziomie 6,2 proc. majątku brutto lub 7,0 proc. majątku netto. To zupełnie nierealne i to z wielu powodów, którym poświęciłem obszerną analizę na portalu pospolita.eu.

Gdybyśmy chcieli obciążyć takim podatkiem jedynie 1 proc. najbardziej majętnych, czyli 300 tys. Polaków, to do obłożenia podatkiem byłaby już tylko kwota 729 mld zł, bo tyle jest w ich posiadaniu. Większość z nich to byliby jednocyfrowi złotówkowi milionerzy, czyli zazwyczaj posiadacze sporego domu lub mieszkania w centrum dużego miasta. Według Credit Suisse, powyżej 3,7 mln zł (1 mln dolarów) miało 116 tys. naszych obywateli, powyżej 37 mln zł (10 mln dolarów) – już tylko 4125 osób.

Gdyby wybrać którąś z tych mniejszych, ale bardziej zamożnych grup i obłożyć ich fortunki i fortuny dwuprocentowym podatkiem, to uzyskalibyśmy kilkanaście miliardów złotych.

Za mało, by sfinansować Dochód Solidarnościowy+, ale można powiedzieć: dobry początek.

O możliwości wprowadzenie podatku majątkowego od firm analizowałem tutaj.

Podatek spadkowy

„Man who dies rich, dies disgraced”, czyli człowiek, który umiera bogaty, umiera w niesławie – mawiał Andrew Carnegie, w pewnym momencie życia najbogatszy człowiek globu, a historycznie drugi najbogatszy człowiek świata w historii, jeśli przeliczymy realną siłę nabywczą posiadanego majątku.

W XIX wieku miał wielu naśladowców, którzy u kresu życia dużą część swoich fortun przeznaczali na pomniki swojej wielkości, fundując muzea, uniwersytety, szpitale, biblioteki itd. W XX wieku ta moda jednak wygasła i nastąpił wyścig w akumulacji kapitału, w którym większość spośród 0,1 proc. najbogatszych członków społeczeństwa nie dorobiła się swojego majątku własną aktywnością, ale mnożyła odsetki na kontach i czekała na wzrost ceny posiadanych akcji.

W efekcie najlepszym sposobem na bycie milionerem czy to w Polsce, czy w dowolnym innym kraju, to przyjście na świat w rodzinie milionerów.

Taki model społeczny sprzyja rozwarstwianiu się społeczeństw, w których grupka najbogatszych traci jakikolwiek kontakt z realiami życia 99 proc. społeczeństwa, orientację w cenach podstawowych produktów i czynszów za najem kawalerki czy jakości publicznej edukacji i służby zdrowia.

W efekcie te kwestie nie spędzają jej snu z powiek i całą siłą swojego wpływu celebrytów oraz opłaconego lobbingu zabiegają o cele niezgodne z potrzebami większości społeczeństwa, albo wręcz sprzeczne z tymi celami.

Kraj, w którym jedna osoba może mieć majątek wart tyle, co suma majątków wszystkich mieszkańców np. Zielonej Góry czy Olsztyna nie jest już realną demokracją.

O tym, jak wyglądają konflikty sądowe pomiędzy miliarderami reprezentowanymi przez najdroższe kancelarie prawne ze zwykłymi, szarymi obywatelami nawet nie wspomnę. Sama obecność osób o majątkach obliczanych w dziesiątkach milionów dolarów (szczególnie tych majątków odziedziczonych) wywraca wzorce wychowania młodych ludzi i czyni wysiłki dla respektowania umowy społecznej czy redefiniowania tej umowy skazanymi na porażkę.

Nie znaczy to, że bogacze nie mają problemów: muszą obawiać się porwania bliskich dla okupu, kokainą w szufladzie córki, ulubionym swetrem, który został w domu, więc trzeba posłać po niego służącego, żeby dostarczył go śmigłowcem (scenka podejrzana w okolicach Mikołajek). Dla tych, którzy na poważnie pomnażają posiadany kapitał, dochodzą lęki związane z bańkami inwestycyjnymi, które bogaci sami przecież pompują, a także stres związany ze zbywalnością praw wydobycia gazu w Turkmenistanie lub jednoprocentowym spadkiem rentowności derywatów nominowanych na różnicy ceny ryżu i pszenicy podniesionej do kwadratu. Bolączek jest więcej, bo niewielu z nas wie, jak trudno jest wypaść na okładce lifestylowego magazynu tak dobrze, by poprawić swój wizerunek i nie narazić się o zarzuty próżności czy autopromocji.

Wielu z tych cierpień bogacze mogliby uniknąć, gdyby istniał system podatkowy, który ich przed tym chroni: szczególnie dziedziców i dziedziczki, które radzą sobie z ciężarem trosk znacznie gorzej, niż rodzice, którzy majątek w ten czy inny sposób wypracowali. Jako społeczeństwo powinniśmy zadbać także o ich dobrostan. W końcu to też są ludzie i zasługują na nasze współczucie.

Świetnym narzędziem byłby progresywny podatek spadkowy z dużą kwotą wolną od podatku. Uspokajam więc tych, którzy spodziewają się odziedziczenia mieszkania spółdzielczego w blokach po rodzicach czy matiza po dziadku. Do miliona, a może nawet do 5 mln zł spadek trafiający do najbliższych członków rodziny powinien być całkowicie zwolniony z opodatkowania. Powyżej tej kwoty stopa opodatkowania powinna stromo rosnąć. A powyżej – powiedzmy – 50 mln zł podatek powinien być 100-procentowy.

Tak, uważam, że nie ma większej korzyści społecznej w tym, żeby ktoś mógł bez pracy zyskać kapitał pozwalający na zakup 50 mieszkań w centrum Warszawy.

Tak długo, jak istnieje prawny mechanizm spółki, w tym spółki akcyjnej, mamy dość dróg do gromadzenia kapitału niezbędnego do finansowania nawet najbardziej ambitnych prywatnych przedsięwzięć biznesowych. My, jako społeczeństwo, skorzystamy z tych pieniędzy lepiej, niż garstka wybrańców, którzy zapominają ulubionych swetrów w chłodny jesienny wieczór i nie znają lepiej nawet jednej osoby, która zarabiałaby mniej niż średnia krajowa. Każdy z nas może znaleźć osobę, która nie ma wśród bliskich, sąsiadów i znajomych nawet jednego człowieka, który zarabiałby więcej niż wspomniana średnia. Wydaje mi się, że mamy więc lepsze rozeznanie, komu pieniądze przydadzą się najbardziej, jakie usługi publiczne leżą, jak zabezpieczyć nas wszystkich przed takimi zagrożeniami jak np. katastrofa klimatyczna.

„Moje dzieci i wnuki mają tyle, żeby mogły robić wszystko, ale nie tyle, żeby mogły nic nie robić” – powiedział kiedyś Warren Buffet, jeden z najbogatszych ludzi na Ziemi. I myślę, że to może być dobry argument dla proponowanego przeze mnie rozwiązania.

Jeden jednolity kontrakt

System podatkowy to temat rzeka. Nie wspomniałem o:

  • Ulgach podatkowych dla firm inwestujących w specjalnych strefach ekonomicznych, a które tworzą nędznie płatne i łatwe do przeniesienia za granicę miejsca pracy.
  • O wysysaniu zysków z polskich spółek przez ich zagranicznych właścicieli.
  • O podatku od gier, akcyzie na papierosy i alkohol, które są za niskie i trzeba je podnieść nie dlatego, żeby zwiększyć wpływy do budżetu państwa (te zapewne by spadły), ale ze względu na potężne koszty społeczne.
  • O wyłudzeniach VAT.
  • O transferowaniu wpływów z CIT do przedsiębiorstw państwowych, które i tak zdają się nie mieć przyszłości.

O każdym z tych zagadnień można napisać osobny tekst, dlatego wybrałem tylko te obszary, które stanowią najważniejsze pola do jak najszybszej reformy i mogą w istotny sposób nie tylko sfinansować Dochód Solidarnościowy+ czy w ogóle szerszy pakiet antykryzysowy, którego łączna wartość powinna sięgać nawet ponad 10 proc. PKB, czyli ponad 220 mld zł, jeśli nasza gospodarka ma się skurczyć nie o 28 proc., jak prognozuje OECD, czy 24-36 proc., jak przewiduje Europejski Bank Centralny, ale o kilka procent.

Jednak głęboka zmiana systemu podatkowego jest niemożliwa bez równie głębokiego przebudowania naszego rynku pracy, który za sprawą różnych umów i form legalnego powiązania pracownika i pracodawcy/zleceniodawcy tworzy po prostu masę furtek, za sprawą których odsetek pracowników na zwykłym etacie, umowie na czas nieokreślony, stale się zmniejsza. Systemowe problemy systemu podatkowego i rynku pracy są nierozerwalnie ze sobą splątane.

Praktyka działania instytucji państwa, zmian regulacyjnych, mechanizmów rynkowych nauczyły nas już tego, że mnożenie form zatrudnienia (różne typy umów o pracę, umowy cywilnoprawne, samozatrudnienie) prowadzi do tego, że silniejsza strona relacji pracodawca-pracownik nadużywa swojej siły negocjacyjnej i narzuca najwygodniejszą dla siebie opcję. Zazwyczaj jest to pracodawca, ale ze względów podatkowych dobrze zarabiający specjaliści z talentem do „wrzucania w koszty” wszystkich osobistych wydatków swoich, rodziny i znajomych, również pokierują się indywidualnym interesem, a nie jakimiś tam ideałami dobra wspólnego czy patriotyzmu, wybierając samozatrudnienie, najniższe możliwe składki ZUS oraz podatek liniowy.

Erozja rynku pracy oznacza długoterminowe zagrożenia dla państwa w postaci rosnącej grupy pracowników, która nie ma co liczyć na emerytury, bo nie odprawia żadnych lub prawie żadnych składek na ubezpieczenia składek emerytalno-rentowych.

Jednocześnie wyrwa w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, jaka w tej chwili z tego powodu powstaje, wymaga przekierowania tu miliardów z podatków, które mogłyby służyć np. poprawie jakości świadczenia usług zdrowotnych. Swoje koszty przynosi fakt, że 3,6 mln mieszkańców kraju nie ma ubezpieczenia zdrowotnego, a jeszcze większa grupa nie może realnie skorzystać z urlopu zdrowotnego i rezygnuje często z urlopów wypoczynkowych. Ponieważ erozja stale postępuje, problem narasta z każdym rokiem.

Nie brakuje głosów, że wszelkie formy wykonywania pracy (samozatrudnienie, kontrakt menedżerski, umowy c-p, umowa agencyjna, umowa o pracę) powinny być identycznie obciążane i zapewniać – w logicznych granicach – takie same prawa pracownikom. Wyeliminowałoby to także masowo nadużywane umowy o pracę na czas określony. Idea jednolitego kontraktu istnieje od wielu lat i pojawiała się równolegle w krajach, w których szybko rozrastał się segment rynku pracy, w którym pracownicy pozbawieni byli tradycyjnych umów o pracę. W Polsce koncepcję tę promują od co najmniej pięciu lat m.in. ekonomiści z Instytutu Badań Strukturalnych.

Sześć tygodni przed wyborami parlamentarnymi w 2015 roku jednolity kontrakt pojawił się w programie Platformy Obywatelskiej. Ta wybory jednak przegrała. Jednak problemy tworzone przez niestandardowe formy zatrudnienia były na tyle palące i ważne dla wyborców, że Prawo i Sprawiedliwość zdecydował się na wypowiedzenie wojny śmieciówkom. „Musimy w Polsce zlikwidować umowy śmieciowe” – powtarzała wielokrotnie premierka Beata Szydło i wielu prominentnych polityków tej partii, wzbudzając nadzieję w setkach tysięcy pracowników, którzy codziennie doświadczali ciemnej strony elastycznego zatrudnienia.

Rząd Szydło zaczął z przytupem. Już od stycznia 2016 roku składki ZUS zaczęły być pobierane od umów zlecenia – szkoda jedynie, że tylko zezwolono na zwolnienie ze składek umów wykraczających ponad poziom kwoty wynagrodzenia minimalnego.

Reformatorski ogień wypalił się jednak dość szybko. Po długich deliberacjach, od stycznia 2019 roku umożliwiano zrzeszanie się w związkach zawodowych osobom samozatrudnionym niebędących pracodawcami, wykonującym zlecenia w ramach umów c-p i stażystom. Ważna i potrzebna zmiana, ale nie odnosząca się do jądra problemu, jakim jest bardzo luźna więź pracownik-pracodawca. „Związkowi wichrzyciele” bez umów o pracę nie muszą być przecież zwalniani – wystarczy przestać zlecać im kolejne zadania. Poza tym nierzadko wykonują pracę dla wielu zleceniodawców, a w efekcie mają mniejszy interes angażowania się w samoorganizację pracowników na terenie jednego wskazanego zakładu pracy. To dlatego właściwie nie zauważyliśmy wpływu tej zmiany na rynek pracy. Sprekaryzowani pracownicy niezadowoleni ze swojej sytuacji szukali raczej etatów, niż okazji do zapisywania się do organizacji związkowych.

Teoretyczne poszerzenie potencjalnej bazy członkowskiej dla związków zawodowych było jedynym sukcesem rządu Mateusza Morawieckiego w zrównaniu obowiązków i praw wszystkich pracowników, niezależnie od formuły zatrudnienia. Warto tu wspomnieć o nieudanej próbie zniesienia limitu 30-krotności składek ZUS, z którego korzysta zaledwie 370 tys. osób, czyli niespełna 3 proc. etatowców. Morawiecki musiał wycofać się z tego pomysłu, choć jego administracja wyraźnie szukała dodatkowych źródeł wpływów do sektora finansów publicznych. Dlaczego? Taka zmiana powiększyłaby po prostu liczbę samozatrudnionych, płacących minimalne narzucone prawem składki i zapewne także podatek liniowy, więc reforma mogłaby przynieść dla rządu skutki odwrotne od zaplanowanych.

Wracamy do punktu wyjścia, bo dualizm rozbija wiele sensownych propozycji reform. Właśnie dlatego potrzebujemy zmiany systemowej, a nie kolejnych kosmetycznych poprawek.

Zarówno reforma systemu podatkowego, jak i rynku pracy, poza nielicznymi elementami (np. podatek spadkowy, podatek majątkowy od kapitału finansowego), wymaga czasu. Rozwiązania powinny być poddane procesowi konsultacji społecznych, szczegółowych analiz, a następnie muszą zostać rozpisane na dziesiątki, jeśli nie setki aktów prawnych.

Mało tego, przebudowane i wzmocnione muszą zostać także instytucje rynku pracy, a pewnie i aparat skarbowy (podatek majątkowy). W tym pierwszym przypadku mam na myśli po pierwsze pośmiewisko każdego średniego i dużego przedsiębiorcy, czyli Państwową Inspekcję Pracy, oraz sądy pracy, które zarówno rząd PO-PSL, jak i PiS, zamyka, utrudniając pracownikom obronę ich praw.

Tego nie da się zrobić w kilka dni, a czekając na uderzenie kryzysu, nie możemy sobie pozwolić na zwłokę, bo każdy dzień bez potężnego pakietu ratunkowego i silnego zastrzyku poczucia bezpieczeństwa, jaki zapewniłby Dochód Solidarnościowy+, to potencjalnie promil, a może więcej utraconego PKB. Promil to 2,2 mld zł, z czego ponad miliard złotych to nasze dochody z pracy. Jeden promil wpływów podatkowych to ponad 400 mln zł mniej w kasie państwa. I to nie tylko w tym roku, ale w latach kolejnych, gdy odrabiać będziemy straty. Pamiętajmy o tych liczbach, gdy rząd będzie nam tłumaczył, że na coś nas nie stać.

Skoro całe posiedzenie Sejmu przeznaczone zostało nie na dalsze elementy planu gaszenia pożaru, w jakim znalazła się nasza gospodarka, ale na zapewnienie dzieciom dostępu do polowań, odebranie im prawa do edukacji seksualnej i dalsze ograniczanie praw reprodukcyjnych kobiet, to najwyraźniej jesteśmy o wiele bogatsi, niż politycy przedstawiają.

W kolejnym materiale postaram się przedstawić źródła „szybkich pieniędzy”, jakie musimy zmobilizować już teraz, zaraz. Bo zegar tyka. Gdy zgasimy pożar, przyjdzie czas na przebudowę systemu fiskalnego, rynku pracy i wielu innych aspektów życia gospodarczego. Bo jak nie teraz, to kiedy?

 

OKO.press

%d blogerów lubi to: